twitter2

Nie taki Twitter straszny jak go malują

Jedni go kochają, inni nawet pomimo chęci, nie potrafią ani kochać, ani tym bardziej zrozumieć. Marki często trzymają się od niego z daleka. Bo na Twitterze trzeba mieć charakter, coś sensownego do powiedzenia i najważniejsze: często nie ma czasu na zastanowienie i wielogodzinne konsultacje. Twitter żyje tu i teraz. Czy warto być jego częścią?

Magiczne 140 znaków jest niczym esencja tego, co znajdujemy w Internecie. Jak espresso z samego rana. Mocne, wyraziste, bez zbędnych ozdobników, tony cukru i grubej warstwy śmietanki. Czasem to na pierwszy rzut oka zbyt niewiele, by wyrazić sedno komunikatu. Wymaga skupienia i autokontroli. Nie ma miejsca na głupoty i mowę trawę. Nawet link musi być opisany precyzyjnie. Liczą się fakty, wyraziste, przejrzyste i mocne.

To użytkownicy decydują, co jest dobre

Twitt, który nic nie wnosi, ginie w gąszczu innych. Edge rank stworzony przez samych użytkowników: co niewarte uwagi, znika przykryte setką kolejnych myśli. W ciągu kilku minut nikt już o tym nie pamięta. Z drugiej strony, jeśli już coś się na Twitterze wydarzy to z przytupem. W ostateczności może wylądować w wieczornym serwisie informacyjnym. I nie ma szans, żeby ktoś o tym zapomniał.

Twitter jest też często pierwszy, zawsze na miejscu, pod ręką. Na konferencjach, demonstracjach, wojnach, w redakcjach, sztabach wyborczych. I w szkołach, bo nie można zapominać, że to też gimbaza, anektująca ostatnio twitterowe trendy. Twitter jest tam, gdzie się coś dzieje i tam, gdzie teoretycznie nie dzieje się nic. Jak w komunikacji miejskiej, gdy czasem zamiast czytać twittuję. O wszystkim, o czym chcę.

Twitterianie. Jesteś wśród nich?

Użytkownicy Twittera są specyficzni, żyją w świecie krótkich komunikatów, ale naprawdę realnych znajomości. Od Tweetup’a do Tweetup’a. To często mikrospołeczności, w których wszyscy się znają. Choć bez Twittera nie wyobrażają sobie swojego dnia, to czasem trudno szukać ich większej aktywności na Facebooku.

Twitterianie, to ludzie znający siłę skondensowanych zdań, myśli ograniczonych do niezbędnego minimum. Grupa pasjonatów, uwielbiająca się dzielić tym, co znajdą w sieci. I w sobie. Nie zawsze rozumiana przez tzw. ogół, nie korzystający na co dzień z serwisów mikroblogowych. Najlepiej rozmawia się tam z tymi poznanymi offline, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poznanych online, wreszcie kiedyś naprawdę poznać. Mnóstwo osób zna się „ z Twittera”, bo jakoś łatwiej poszerzać tam horyzonty niż na Facebooku.

„Nie używam, bo nikt mi nie odpisuje”

To, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy – kiedyś rzeczywiście można było porozmawiać tam ze wszystkimi. W łatwy sposób zamienić kilka słów z każdym blogerem, dziennikarzem, influencerem. Nie było jeszcze tego takiego facebookowego: „Nie znamy się, więc Cię oleję”, „A kim Ty jesteś?”.

Teraz, gdy na Twittera przychodzi coraz więcej ludzi, część z nich woli poruszać się bezpiecznie, w sobie znanych kręgach, niż rozmawiać z nieznajomymi. Inni, analizują to na zasadzie korzyści: z tym opłaca mi się rozmawiać, a z tym nie. I szczerze, tego akurat nie lubię. Bo dla mnie Twitter to miejsce nawiązywania nowych kontaktów, poszerzania kręgu znajomych, odkrywania myśli ludzi, o których do wczoraj nie miałam pojęcia. Na szczęście tak, jak ja, myśli prawdopodobnie nadal większość.

Nie zniechęcaj się – twittuj!

Często, gdy rozmawiam o Twitterze, okazuje się, że niektórzy zniechęcają się do niego po kilku dniach. Bo na Facebooku ludzie reagują na to, co piszą, a Twitter spuszcza na to zasłonę milczenia. Bo nikt nie da fava ich złotym myślom. Bo nikt nie poda ich dalej, a to przecież wartość bezcenna. Dla ludzkości ;) Inni integrują Twittera z Facebookiem, idąc na łatwiznę i nie mając pomysłu na swoją komunikację.

Twitter jest doskonałym narzędziem budowania wizerunku, nawiązywania kontaktów, dystrybucji kontentu, znajdowania inspiracji i oczywiście komunikacji. Wymaga jednak cierpliwości i czasu. Nie wystarczy zalogować się raz dziennie, wrzucić linka i wyjść. Trzeba trzymać rękę na pulsie, zaglądać jednym okiem w czasie przerwy na lunch. Po prostu być tam, a nie tylko od czasu do czasu bywać. Po to, by móc się włączyć w dyskusję, obserwować, czym dzisiaj żyje Internet, bo jutro będzie już żył czymś innym. A gdy już się wkręcisz, nie będziesz mógł sobie wyobrazić bez tego dnia, bo po tych pierwszych 1000 tweetach wiem jedno na pewno: Twitter uzależnia.

  • http://socialshake.pl/ Izabela K.

    Dla Ciebie Twitter, bo na nim nie byłaś… ;) Gdyby się ograniczać do przyjaciół jakich się ma, nie miałoby się nowych :P Wiem, wiem, Ty żyjesz offline i tu się pięknie różnimy ;)

  • http://www.marilabo.pl/ Mari

    Lubię twitter, ale prawdę mówiąc mam kłopot z potokiem rozmów o pierdołach i przetaczającą się samochwałką. Ale uwielbiam wyrzucane przez mój feed linki.

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      A to też prawda, przynajmniej w kwestii pierdół, ale ludziom z reguły do głowy nie przychodzą tylko mądre myśli, więc dzielą się wszystkim ;) Linki – bezcenne, na Facebooku wiele ich ginie :)

  • http://www.blogczekolady.pl/ Aurora

    Wbrew pozorom Twitter jest bardziej intymnym narzędziem komunikacji, niż nasz kochany fioletowy book ;)

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Ciekawe dlaczego tak jest. Czasami jest mi łatwiej podzielić się czymś tam, czymś, co przemknęło mi ni stąd ni zowąd przez głowę, niż wrzucać status na fb ;)

  • jam.jest.jan

    Tylko jaki jest sens przekonywania do uzaleznien? Zupelnie jakbys namawiala do alkoholu lub innych uzywek… Kazdy ma swoj sposob na zycie -rozumiem- ale dlaczego nie spedzic tych „mikroprzerw” w lunchu na zamiane „140 znakow” z ludzmi offline? Dlaczego podczas spotkan ze znanomymi, co druga osoba wyciaga smartfona, tablet i uciekaja w ten wirtualny swiat? Uderza to w oczy nie tylko brakiem manier, ale daje tez gdzies gleboko do zrozumienia ze ta „uzalezniona” osoba nie czuje sie w naszym towarzystwie komfortowo. Przepraszam ze poruszam troszke inny temat ale w oczy sie rzuca ostatnie zdanie, ktore najbardziej zwrocilo na siebie uwage (a chyba o to chodzi w blogu…):)

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Właśnie o to chodzi i fajnie, że poruszasz ten temat :) Uzależnienia bywają różne. Ja na przykład uzależniam się od ludzi – też można to postrzegać w kategorii czegoś niezdrowego, ale jednak nie zamieniłabym tego na obojętność. Przerwy można spędzić dowolnie, jak się chce, sama nie zawsze twittuję, ale szczerze to lubię.

      A że w czasie spotkań offline trudno odłożyć telefon – zależy z kimś się spotykamy. Gdy spotykam się ze znajomymi, którzy są bardzo aktywni online, telefon nikogo nie dziwi, gdy natomiast z tymi, dla których ten świat jest obcy, nie jest aż takim problemem odcięcie się od tego. A przynajmniej nie powinno ;) Warto czasem, dla zdrowia, to zrobić.

      Dzięki za komentarz ;)

      • jam.jest.jan

        Z Naszych spotkan wynosze prawde, ze ciezko jest Ci uciec od wirtualnego swiata. Ale to moze wina tej drugiej strony?;-)

        • http://socialshake.pl/ Izabela K.

          Na szczęście czasem wpada ktoś na genialny pomysł, żeby mi zabrać telefon ;) Ale nie, nie jest to kwestia komfortu, ani czyjaś wina, jeśli już to raczej ścigającego online’u, Janie ;)

      • Kasia

        Wydaje mi się, że jestem aktywna w internecie i że w Twittera wciągnęłam się bez reszty, ale to nie znaczy, że czują potrzebę stałego bycia online, mało tego, denerwują mnie osoby, które, kiedy spotykam je ‚offline’ nie mogą rozstać się z telefonem. Gdzie tu miejsce na prawdziwe znajomości i odkrywanie drugiego człowieka, kiedy sprawdzam Facebooka, Twittera i Bóg wie jeszcze co, siedząc z kimś w kawiarni. To troszkę niezdrowe podejście, które w efekcie przenosi cały sens życia do Internetu…

        • http://socialshake.pl/ Izabela K.

          Nie rozstawać się, to wersja skrajna. Wszystko zależy od sytuacji, a to że w czasie spotkania w większym gronie i gadania ktoś wyciąga telefon na chwilę, ja nie uważam za złe. Jeśli spędza w nim natomiast cały wieczór, no to niezbyt fajnie. Nie widzę jednak w ogóle sensu dzielić świata na online i offline, to ten sam świat, tak samo realni znajomi.

  • http://www.swietny.in/ Łukasz Święciak

    Do twittera podchodziłem kilka razy, dopiero teraz, podczas studiów do niego „dojrzałem” i widzę plusy aktywności w tym serwisie. Zgodze się z tobą ze tt uzaleznia, ale myślę że dzięki temu uzależnieniu można więcej pozytywnych rzeczy zyskać niż stracić

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      A można wiele zyskać, prawda :) Też podchodziłam kilka razy i są dni, kiedy brakuje mi na niego czasu albo nie widzę sensu dyskutowania, kiedy chcę być sama ze sobą, ale brakowałoby mi Twittera na dłuższą metę. Bardzo :)

  • http://mrkpassion.pl/ Kamil Macher Mr K.

    Początkowo byłem sceptyczny, ale coraz bardziej przekonuje się do Twittera. Raz, że w dzisiejszej blogera na dorobku, posiadanie Twittera to po prostu mus, a dwa z czasem okazuje się że to naprawdę fajne narzędzie dzielenia się i przyswajania informacji. Ciebie też zaczynam obserwować od teraz ; )

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Odwdzięczam się ;) Na Twitterze o wiele łatwiej mi wyłapać nowy wpis na czyimś blogu, niż na Facebooku. RSS jest wiadomo najbardziej niezawodny, ale przytłacza mnie ilość treści ;)

  • http://socialshake.pl/ Izabela K.

    Człowiek nie ma kilkudziesięciu przyjaciół, Jazz, ale otacza nas masa ludzi, a że lubię ludzi, to lubię gdy są w moim życiu, nowi, starsi, w social mediach też :)

  • http://macwyznawca.pl/mac/ Jaromir Kopp (MacWyznawca.pl)

    Na początku (ponad 3 lata temu) nie mogłem pogodzić się z tymi 140 znakami. Moja skłonność do budowania zdań wielokrotnie złożonych w, których sam potrafiłem się pogubić, kłóciła się ze zwięzłością wypowiedzi na TT. Traktowałem Twittera bardziej jako linkownię niż forum wymiany myśli. Po jakimś czasie nauczyłem się zwięzłości, a mi. @Behinder pokazał, że można fajnie prowadzić dialogi. Bałem się, że te 140 znaków ogłupia… jednak nie. Nadal potrafię napisać zdanie na tyle długie, że się w nim gubię ;-) :-P
    No, a dodatkową motywacją do komunikacji via TT był przyrost „Folołersów” ;-)

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Tak, followersi to dobra motywacja, ja z niecierpliwością wypatruję tych 400 ;) Ale największą dla mnie jest właśnie chyba możliwość wymiany krótkich myśli, takich „chwil” – myślę i piszę, albo myślę i planuję na później. Czasami używam jakiegoś narzędzia, bo nie zawsze mogę pisać w czasie rzeczywistym ;)

      Najbardziej w tym wszystkim przytłaczało mnie, że mam oto kolejny kanał komunikacji i muszę znaleźć na niego czas, ale ostatnio widzę, że da się i robi się coraz ciekawiej ;)

      Też mam skłonność do zdań wielokrotnie złożonych, więc rozumiem ten ból ;)

      • http://macwyznawca.pl/mac/ Jaromir Kopp (MacWyznawca.pl)

        Ja nawet nie wiem kiedy mi te 666 stuknęło… ale i tak najbardziej cieszą ci aktywni. Ta szybkość jest fajna. Ja się TT zainteresowałem dopiero jak go wbudowali w iOS (iPhone). Pstryk i leci fotka z opisem ;-) Tak i link do czegoś… a na kompie „wypatruję” banerków z powiadomieniami.
        Co do czasu to po prostu TT podebrał go FB i jakoś suma kontrolna z grubsza się zgadza.
        Cieszę się, że nie jestem sam ale Ty pewnikiem nie gubisz się tak w swoich zdaniach jak ja ;-)

        • http://socialshake.pl/ Izabela K.

          Chyba kluczowy jest moment, kiedy ludzie zaczynają reagować na to, co piszesz ;) Często rozmawiam z tymi, którzy próbowali swoich sił, ale zniechęcali się, że nikt nie śledzi i nie komentuje ich, powiedzmy, „zajebistości” ;) A to wszystko wymaga masy czasu, wdrożenia się w narzędzie ;)

      • https://twitter.com/NaomiDemichelis Naomi D.

        A propos: „Najbardziej w tym wszystkim przytłaczało mnie, że mam oto kolejny kanał komunikacji i muszę znaleźć na niego czas, ale ostatnio widzę, że da się i robi się coraz ciekawiej ;)” – dzisiaj ktoś mnie zapytał o Snapchata. Co o nim myślisz?

        W sumie póki mi w firmie nie każą prowadzić tam komuś konta, raczej się do niego nie palę :)

        • http://socialshake.pl/ Ibellae

          Lubię go, chociaż czuję się momentami na niego za stara ;) Pod kątem prywatnym – świetny do komunikacji „chwilami” ze znajomymi, którzy nie zawsze są obok ;) Wysyłasz, chwila trwa i znika, obojętnie, czy to zdjęcie, czy film. Pod kątem marketingowym, raczej nadal mało użytkowników, ale wkrótce, żeby trafić z przekazem do tych młodszych, którzy szukają alternatyw dla FB może nie być wyjścia ;)

  • http://zblogowany.pl/ Ana

    Ja właśnie polubiłam tt za większą swobodę wypowiedzi prywatnych, bo – nie oszukujmy się – fb stał się miejscem inwigilacji znajomych czy może raczej: znajomych znajomych. A może to tylko moje subiektywne odczucie względem społeczności mnie otaczającej? W każdym razie – na tt pozwalam sobie na to, na co nie pozwoliłabym sobie na fb.
    No i przepływ informacji – gdy nie mam dostępu np. do transmisji sportowej, tt powie mi wszystko. Fb, nie mówiąc o serwisach sportowych i informacyjnych, nie nadąża :)

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Też tak postrzegam TT, jako miejsce gdzie mogę być sobą, wrzucić czasem jakieś głupoty. Coś, co przemknęło mi przez głowę, ale nie jest tak ważne, żeby być na FB, albo jest tak osobiste, że nie chcę, żeby tam było ;) Trochę paradoksalnie, bo przecież, jeśli nie włączymy tweetów prywatnych, to widzą je wszyscy.

      • http://zblogowany.pl/ Ana

        To chyba zgodne z regułą, że łatwiej się otwierać przed zupełnie obcymi :)

  • http://alchemiakobiecosci.com/ margaritum

    Chłonę ostatnio wszystkie wiadomości o TT, bo zamierzam niedługo ugryźć gada. Trochę wbrew sobie, bo nie lubię social mediów. A zwłaszcza tych, w których trzeba być nieustannie na bieżąco. Muszę jednak przyznać, że Twój tekst co nieco mi rozjaśnił. Także dzięki :)

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Nic nie trzeba, ale można, ale to prawda, trzeba to lubić ;) Ja lubię, ale też umiem sobie tego odmówić i mam czasem takie chwile, w których jest to mi kompletnie niepotrzebne. Co nie znaczy, że nie warto – warto ;) Daj znać, gdzie Cię obserwować ;)

  • http://kondux.pl/ Kondux

    Twitter jest świetny, ale ja cały czas nie mogę się do niego przekonać

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Też nie mogłam, bo spędzałam w nim za mało czasu i nadal nie mam tyle czasu, ile pewnie mieć powinnam, ale wystarczy, by go lubić ;)

  • http://arturrak.pl/ Artur Rak

    Ja zaangażowałem się na dobre w TT od miesiąca. Zacząłem obserwować ludzi z mojego fachu (na razie większość z chameryki) i, bo na razie w Polsce nikt z tego nie korzysta. Kwestia czasu, kiedy TT będzie popularny również u nas. Ci, którzy korzystają z tego narzędzia już teraz, na pewno na tym zyskają.

    Do obserwacji pomagają mi listy, które sukcesywnie tworzę.

    Zapraszam do siebie na TT :)

    Pozdrawiam,

    Artur

    @artrak

    • http://socialshake.pl/ Izabela K.

      Dodaję do obserwowanych ;)

Next ArticleI po co ci te studia?